Przejdź do zawartości

Damian Łukasik

Z wikiLech.pl
Damian Łukasik
Imię i nazwisko Damian Łukasik
Kraj Polska
Data i m.
urodzenia
26 lutego 1964
Poniec, Polska
Pozycja obrońca
Wzrost 194 cm
Waga 90 kg

Relacje prasowe

"Nie cofnę nogi" -
Piłka Nożna plus
Nie cofnę nogi

Piłka Nożna plus Nr 2 (86) LUTY 1993

Najbardziej męczył się, gdy o kulach szedł oglądać jak grają koledzy...

Marzec 1991 rok. Druga kolejka spotkań rundy wiosennej ekstraklasy. Lech gra przeciw Zagłębiu Lubin. W niegroźnym starciu DAMIAN ŁUKASIK odbiera piłkę Januszowi Kudybie. Robi gwałtowny zwrot. Chrupnięcie w lewym kolanie. Diagnoza lekarska: skręcenie nogi. Kto mógł przypuszczać, że to niewinna kontuzja stanie się początkiem dramatu reprezentanta Polski?

Od tego momentu do końca do rundy trenowałem co drugi dzień wspomina Damian Łukasik. Kolano mnie bolało, ale ja trenowałem. Skąd mogłem wiedzieć, że mam zerwane więzadło krzyżowe i roztrzaskaną rzepkę. Przykładałem się do zajęć, bowiem za wszelką cenę chciałem wreszcie podpisać zagraniczny kontrakt. Miałem wtedy dwadzieścia siedem lat i realną perspektywę transferu do zachodniego klubu. Nie dopuszczałem myśli, by znów zaprzepalicić szansę gry na Zachodzie. Pół roku wcześniej szansa taka mi się wymknęła. Byłem na testach w Southampton "Święci" jednak mi podziękowali. Widać nie byłem tak święty, pardon: świetny jak oni.

W koszulce z orłem

Ma na swoim koncie dwadzieścia siedem występów w drużynie narodowej. Debiutował w reprezentacji w 1985 roku, w meczu z Meksykiem, podczas tournée biało-czerwonych przed finałami mistrzostw świata. Na Mundial '86 Antoni Piechniczek jednak go nie zabrał. Byli lepsi. Gdy selekcjonerem został Wojciech Łazarek, Damian Łukasik był już etatowym reprezentantem. Rozegrał w drużynie Łazarka osiemnaście meczów. Najlepszy - wiosną 1988 w Belfaście przeciw Irlandii Północnej. Zremisowaliśmy wówczas 1:1. Trener Łazarek po meczu bardzo mnie chwalił, Ale dla mnie najważniejsza była ocena Zbyszka Bońka, który grał wtedy na pozycji stopera. Zibi powiedział, że jest zadowolony z mojej postawy i dobrze mu się ze mną współpracowało. Podniosło mnie na duchu, że ktoś ceniony w światowym futbolu mnie wyróżnił. Był to niestety jedyny wspólny występ z Bońkiem. Jesienią 1988 roku reprezentacja Polski zmierzyła się w Mediolanie z gwiazdami Ligi Włoskiej, z Diego Maradoną w głównej roli. Damian miał za zadanie opiekować się w tym meczu nie Maradoną, a Claudio Caniggią. Blondwłosy Argentyńczyk gola Polakom nie strzelił: - Cóż to było dla mnie za przeżycie uczestniczyć w takim spektaklu. Pilnowałem Caniggię, ale też miałem okazję spotkać się oko w oko z samym Maradoną. Każdy z nas chcia,ł mieć jego koszulkę. Wziął ją Zbyszek Kaczmarek, który przez ostatnie dziesięć minut był plastrem Diego. Ja musiałem się zadowolić koszulką Caniggi. Najbardziej przykrym występem w narodowej jedenastce był eliminacyjny mecz do finałów mistrzostw swiata 1990 roku ze Szwecją na Rasundzie. Przegrany nieszczęśliwie przez Polaków 1:2. - Byliśmy naprawdę bliscy sukcesu. Remis na wyjeździe stwarzał nam spore szanse w dalszej fazie eliminacji. Udana inauguracja rozgrywek grupowych dodałaby nam skrzydeł. Jednak utrata gola w dziewięćdziesiątej czwartej minucie spotkania pognębiłta nas. Było mi tym bardziej przykro, że sprawozdawca obwinił mnie za utrate pierwszej bramki. A ja akurat stałem dwadzieścia metrów od zawodnika, który pokonał Jarka Bakę. Zostałem uznany za jednego z głównych winowajców porażki, bowiem widzowie przed telewizorami oceniają mecz z reguły sugerując się tym, co mówi komentator, a nie tym, co rzeczywiście dzieje się na boisku. Andrzej Strejlau wystawił Damiana w meczach reprezentacji ośmiokrotnie. Ani razu jednak w walce o punkty. Obrońca Lecha wierzył, że uda mu się w końcu przekonać do siebie nowego selekcjonera, że trener postawi wreszcie na doświadczonego i sprawdzonego w kadrze defensora. Przeszkodą okazała się kontuzja.

Pechowa lewa noga

Uraz kolana był pochodną przeciążenia stawów kolanowych. Ciężkie treningi w okresie przygotowawczym zimą 1991 roku odbiły się na zdrowiu. Lewe kolano nie wytrzymało. Wcześniej miałem już kontuzję lewej nogi. Było to dziesięć lat temu, gdy zaczynałem karierę w Lechu. Po przejściu z trzecioligowej Polonii Leszno do pierwszoligowego klubu zetknąłem się z inną piłką. Różnica była nie tylko w poziomie gry, ale także w zaangażowaniu w trening. Organizm się zbuntował. Po intensywnych ćwiczeniach siłowych nastąpiło zwyrodnienie kości piszczelowej. Musiałem odpoczywać osiem miesięcy. Damian Łukasik zadebiutował w pierwszoligowym Lechu w 1983 roku, w wygranym 1:0 meczu z Legią Warszawa. Miał wówczas dziewiętnaście lat. Dotychczas w barwach poznańskiej drużyny rozegrał około stu dziewięćdziesięciu spotkań. Przez kontuzje uciekło mu niemal pięćdziesiąt meczów. Gdyby nie kłopoty zdrowotne, należałby w tej chwili do rekordzistów w występach w ekstraklasie. Dziwi mnie, że podczas mego ponad dziesięcioletniego pobytu w Lechu, nie którzy trenerzy zapominali o moich młodzieńczych perypetiach z kolanem i nie zwalniali mnie od wykonania niektórych ćwiczeń z ciężarami. Przecież w klubie leży moja karta zawodnika z wpisanymi orzeczeniami lekarskimi. Jeśli trener jest fachowcem, powinien te sprawy też mieć na uwadze. Piłkarz nieświadomy swojej zguby zaciskał zęby i wykonywał kolejne ćwiczenia. Uraz się pogłębiał, ale Damian zapalczywie trenował. Chciał być sprawny, jak najlepiej przygotowany do testów w holenderskim klubie - FC Greningen. Nie dopuszczał myśli, by powtórzyła się historia z Southampton. - Wyjechałem na sprawdzian do Holanadii. Przed treningiem w Greningen zakładałem sobie na kolano opaskę elastyczną, tak by nikt mnie nie widział. Unikałem też strzałów lewą nogą. Próbowałem oszukać przyszłych pracodawców, że nic mi nie dolega. Liczyłem, że po podpisaniu kontraktu z Greningen lekarze wytną mi łąkotkę będzie wszystko w porządku. Holendrzy byli ze mnie zadowoleni. Zawarłem z nimi wstępną umowę transferową. Gryzło mnie jednak sumienie postanowiłem poddać się dokładnym badaniom w klinice w Puszczykowie koło Poznania, u doktora Tadeusza Trzaski. Lekarz stwierdził, że w żadnym wypadku nie da mi zgody na grę. Ostrzegł, iż jeśli nie zrobię operacji grozi mi nie tylko koniec kariery piłkarskiej, ale trwałe kalectwo. Płakałem ze złości. Zgodziłem się na zabieg. Jedenastego lipca poszedłem pod nóż. Po operacji, która miała polegać jedynie na wyczyszczeniu rzepki w staw kolanowy wdarła się infekcja. Zamiast trzech tygodni leczenie trawło trzy miesiące. Siódmego lipca przeprowadzono drugi zabieg. - To był początek nieszczęść. Jakoś przeżyłem operacje...Rzeczywistość jednak okazała się bardzo brutalna. Po siedmiu miesiącach noszenia gipsu okazało się, że mięśnie w nodze drastycznie zanikły. Udo wyszczupłało. aż o dziewięć centymetrów. Na mecze kolegów przychodziłem o kulach. Zaczął się najgorszy dla mnie okres. Nie mogłem w ogóle zginać nogi. Wydawało mi się, że już nigdy nie będę mógł normalnie chodzić. Myślałem o sztucznym odbudowaniu mięśnia. Jednak nie zdecydowałem się na to. Uznałem, że byłoby to ponowne kręcenie na siebie bicza. Mięsień musiał się regenerować naturalnie. W przećiwnym razie znów w każdej chwili mógłby się skruszyć.

Upór nagrodzony

Rozpoczął się mozolny okres rehabilitacji. Damian codziennie przyjeżdżał do klubu...na basen. Tysiące razy zginał i prostował nogę w kolanie. Powtarzał ćwiczenia do znudzenia. - Odnosiłem wrażenie, że w klubie niektóre osoby postawiły już na mnie krzyżyk. Nie dawano wiary, że mogę wrócić na boisko. To mnie mobilizowało. Na duchu podtrzymywała mnie przede wszystkim żona Beata i pięcioletni synowie: Filip i Łukasz. Dla nich chciałem grać. Dotąd nie dorobiłem się zbytnio na futbolu. Dostałem jedynie od Lecha mieszkanie w Poznaniu. Jeżdżę starym polonezem. Pragnę jeszcze odłożyć coś "do skarpety", zapewnić rodzinie w miarę dostatnie życie. Nie mam w ręku żadnego fachu. Potrafię jedynie grać w piłkę. Nie miałem innej alternatywy. Musiałem wrócić. Pomocną dłoń podał mi kierownik drużyny Teodor Napierała. Trener Henryk Apostel chyba również wierzył w mój powrót. Pomagali mi koledzy z drużyny. Składali się po meczach. Dostawałem od nich pieniądze. Był to spory dodatek do trzymilionowego stypendium, które mimo, że nie miałem kontraktu, dostawałem co miesiąc z klubu. Starałem się być blisko drużyny. Ćwiczyłem indywidualnie obok trenujących kolegów z pierwszego zespołu. Damian zaczął ponownie kopać piłkę w połowie maja. Wcześniej miał zakaz kontaktu z futbolówką. Groźba odnowienia się urazu wisiała na włosku. Piłkarz jednak nie mógł się oprzeć pokusie. Odbijał piłkę pokątnie z synami na podwórku. Zgodę na normalne treningi z zespołem dostał dopiero 15 sierpnia. Kilka dni później wybiegł na boisko w drugiej drużynie Lecha, przeciw Energetykowi Gryfino. Mój drugi piłkarski debiut nie wypadł najgorzej. Choć do przerwy prowadziliśmy 3:0, ostatecznie zremisowaliśmy 3:3. Nie byłem zawiedziony swoją postawą. Po tak długiej przerwie niewiele mogłem sobie obiecywać. Trener rezerw Lecha wystawił mi pozytywną ocenę. Do ekstraklasy wrócił 4 października. Grał ostatni kwadrans meczu przeciw Jagiellonii Białystok. Całe spotkanie w pierwszej drużynie mistrza Polski rozegrał z ŁKS w Pucharze Polski. Był to najważniejszy sprawdzian przydatności Damiana do zespołu. Później był już mecz w Łodzi z Widzewem. 3:0 dla Lecha i wysoka nota wystawiona niedawnemu rekonwalescentowi. - Przy ostrzejszym starciu z przeciwnikiem nie cofam nogi. Wychodząc na boisko zapominam o dawnej kontuzji. W ogóle o tym nie myślę. Staram się jedynie jak najlepiej wypaść. Po meczu wprawdzie trener mówi mi, że momentami kuleję. Nawyk pozostał. Bieg jeszcze nie jest równomierny, czasami powłóczę nogą. Sądzę, że na wiosnę znów uda mi się wywalczyć miejsce w podstawowej jedenastce Lecha. Będę też chciał wrócić do reprezentacji. Pragnę bowiem pokazać się na arenie międzynarodowej. Nie przestałem myśleć o grze w zagranicznym klubie. To dla mnie jedyna szansa podreperowania nadszarpniętej kiesy. Styczeń 1993 roku. Damian Łukasik przygotowuje się z drużyną do wiosennej rundy. Przy ćwiczeniach z ciężarami trener Henryk Apostel daje mu odpocząć. Piłkarz sam decyduje czy ma przeciążać stawy...
JACEK KMIECIK
Źródło: Piłka Nożna plus, nr 2 z lutego 1993
***
"DAMIAN ŁUKASIK: KIEDYŚ BYŁO GRZECZNIE..." -
Przegląd Sportowy
DAMIAN ŁUKASIK: KIEDYŚ BYŁO GRZECZNIE...

Przegląd Sportowy 1997.09.29 Nr 189

Wywiad z Damianem Łukasikiem przy okazji meczu LECH Poznań - POLONIA Warszawa 0:1 Raport

PIŁKARZE Lecha Poznań zajmowali po siedmiu kolejkach trzecie miejsce w ligowej tabeli i było to z pewnością miłą niespodzianką dla sympatyków poznańskiej drużyny, jednak jeszcze większym chyba zaskoczeniem postawa grającego w zespole, asystenta trenera Pawlaka, DAMIANA ŁUKASIKA. Nieoczekiwanie dla wszystkich powrócił do drużyny i rządzi blokiem defensywnym jak za najlepszych lat. Po siedmiu kolejkach Lechici mieli stracone tylko trzy bramki. - Wrócił pan do Lecha po blisko czteroletniej nieobecności. Warto zatem przypomnieć kibicom, co w ty czasie się z Panem działo? - Po dwunastu sezonach gry w Lechu w latach 1981-1993 postanowiłem spróbować szczęścia za granicą. Przez dwa sezony, do 1995 roku grałem w Izraelu w Hapoelu Tel Awiw. Po powrocie do kraju miałem kilka propozycji gry z ligowych klubów, ale z nich nie skorzystałem. Próbowałem inaczej ułożyć sobie życie, ale szybko przekonałem się, że do biznesu się nie nadaję, że nie mogę żyć bez piłki. Pracowałem krótko jako trener Wełny Skoki w poznańskiej klasie okręgowej, codziennie przychodziłem na stadion na Bułgarską, trenując dla siebie, by utrzymać się w formie z rezerwowym zespołem Lecha u trenera Teodora Napierały. - I tam zastała pana propozycja z Lecha? - W grudniu 1996 roku menedżer Lecha, wiceprezes Roman Jakóbczak zaproponował mi stanowisko asystenta przy trenerze Ryszarda Polaka. Zasugerował też, bym pomyślał o ewentualnym powrocie na boisko. Wyczuwałem, że trener Polak nie bardzo akceptuje ten pomysł i w pełni go rozumiałem. Sam czułem, że do gry w pierwszej lidze nie jestem jeszcze przygotowany. - Skąd więc ta forma w pierwszej fazie rundy jesiennej? - Miałem trochę czasu na przygotowanie się. Podczas lipcowego pobytu Lecha we Francji, odbyłem długą nocną rozmowę z trenerem Krzyśkiem Pawlakiem, który w tym czasie objął zespół Lecha. Gorąco mnie na mawiał do powrotu na boisko. Jak widać skutecznie. Pierwsze mecze pokazały, że z dawnej ligowej, a nawet reprezentacyjnej dyspozycji niewiele nie ubyło. - Potrafię się przygotować, wiem, że stać mnie na jeszcze lepszą grę. Z tej dotychczasowej jestem tylko częściowo zadowolony. Jeżeli zdrowie pozwoli, forma powinna być jeszcze wyższa. Lech zajmuje wysokie miejsce w tabeli, a pan rządzi w jego defensywie jak za dawnych lat. - Rządzę, a raczej kieruję obroną, bo taka jest moja rola, jako ostatniego obrońcy. Ponadto z pewnością jestem najstarszym i najbardziej doświadczonym graczem w tej formacji. Zawsze po meczu analizuję swoją grę i całego bloku. Do spotkania z Ruchem, a więc w siedmiu meczach, straciliśmy tylko trzy bramki. - Do niedawna miał pan w drużynie kolegę zbliżonego stażem i doświadczeniem. Waldemara Krygera nie ma już w Lechu. Pozostał pan sam wśród młodzieży. - Odejście Waldka z pewnością osłabiło zespół. Był solidny, w każdym meczu można było na niego liczyć. Teraz gram z kolegami młodszymi ode mnie dziesięć i więcej lat. Ta młodzież zrobiła postępy. Zwłaszcza pod względem dyscypliny taktycznej. Zawsze im powtarzałem, że lepiej podejść blisko do przeciwnika, niż kryć na "radar". Jest coraz lepiej pod tym względem. Na boisku jestem ich starszym kolegą, nie trenerem. Słuchają mnie, choć przecież nie jestem nietykalny. Porywa mnie atmosfera, jaką wspólnie w zespole tworzymy. Sam czuję się przez to o wiele młodszy. To ma wpływ na moją grę, a także całej drużyny. A jak są wyniki, to wszystko staje się takie przyjemne. - Pan, jako jedyny piłkarz obecnego Lecha pamięta mecze na Bułgarskiej przy pełnych trybunach. - To była norma w Poznaniu. Ale wtedy był też silny, ukształtowany zespół. Dzisiaj, kiedy spotykam się z piłkarzami innych klubów, grających w latach osiemdziesiątych, przyznają, że do Poznania bali się przyjeżdżać. Jak wchodziłem do obrony Lecha w 1983 roku w miejsce Józefa Szewczyka, który niestety już nie żyje, a który był dla mnie wzorem, partnerami w obronie byli Krzysiek Pawlak, Józek Adamiec i Hirek Barczak. Trybuny zapełnione były do ostatniego miejsca, a było grzecznie. Dzisiaj wydaje mi się, że współcześni kibice, w kwestii zachowania, są przynajmniej dziesięć lat do tyłu. Moda rozrabiania na stadionach w Europie dawno już minęła, a u nas zachowanie ciągle jak z epoki łupanego kamienia. Gdyby wyeliminować te złe nawyki grupki widzów, wówczas na nasze mecze przychodziłoby jeszcze więcej ludzi. Popatrzmy, jakie futbolowe spektakle mają miejsce w Bundeslidze. Taka atmosfera na trybunach, to dodatkowy bodziec, odżywka dla nas, piłkarzy. Rozmawiał WOJCIECH MICHALSKI
WOJCIECH MICHALSKI
Źródło: Przegląd Sportowy, nr 189 z 29 września 1997
***